Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Aktualności Wszystko, co pierwsze ma związek ze Zduńską Wolą - wspomina pisarka Beata Andrzejczuk

Wszystko, co pierwsze ma związek ze Zduńską Wolą - wspomina pisarka Beata Andrzejczuk

7grudniapisarkaPonad 10 lat tworzy literaturę dziecięco-młodzieżową. Wydała blisko 30 pozycji. Zaczynała od opowiadań dla dorosłych. Publikowała je w Stanach Zjednoczonych, Austrii, Australii, na Białorusi, no i oczywiście głównie w Polsce. Jest laureatką wielu nagród literackich: Sosnowieckie Pióro' 89, O Rubinową Hortensję (1990), Polaków Pamiętnikarskich Portret Własny (1998). Jej ,,Pamiętnik nastolatki" został laureatem Portalu Literackiego ,,Granice" w kategorii: Najlepsza książka na jesienno-zimowe wieczory (wybór jury i wybór internautów) oraz jako Najlepsza książka na gwiazdkę. To także autorka opowiadań dla dzieci z dysleksją.

Szczególne uznanie wśród najmłodszych czytelników, ale także ich rodziców i nauczycieli, przyniosło jej opublikowanie serii "Opowiastki familijne" oraz książek "Tatusiada" i "51 sposobów na pyszną zabawę rodziców i dzieci". Obecnie ogromną popularnością cieszy się "Pamiętnik nastolatki" i "Pamiętnik nastolatki 2" Mieszka we Wrocławiu od ponad 25 lat. Urodziła się w Sieradzu, wychowywała się w Zduńskiej Woli. Ma 46 lat. Mężatka. Matka dwóch dorosłych synów i córki.

Z Beatą Andrzejczuk, pisarką, autorką "Pamiętnika Nastolatki"", bijącego rekordy popularności rozmawia Ewa Dobrowolska.

Ewa Dobrowolska: - Od lat związana jesteś z Wrocławiem i z tym miastem, które często nazywasz WrocLove, często kojarzona. Jednak korzenie masz na ziemi sieradzkiej. Z czym Ci się kojarzą tamte lata? (Czytelników przepraszam za formę Ty, ale z Beatą znamy się z tzw. podwórka).

Beata Andrzejczuk: - Urodziłam się w Sieradzu. Jednak całe dzieciństwo i młodość spędziłam w Zduńskiej Woli. Miasto to kojarzy mi się z zapachami i kolorami, których właściwie do dziś poszukuję. Takim zapachem dzieciństwa był zapach wykrochmalonej pościeli, przesiąknięty mroźnym, świeżym powietrzem. Podobnie pachniała moja pidżama. Babcia przykrywała mnie pierzyną, zapalała nocną lampkę i co wieczór przed zaśnięciem czytała mi bajki. Miałam taki ulubiony zestaw baśni Janiny Porazińskiej. Była w nim ,,Szklana góra” i moja ukochana: ,,Czarodziejska księga”, baśń o trzech młynarzównach. Znałam ją na pamięć. Czasem zasypiałam podczas czytania, a innym razem nie i wtedy obserwowałam babcię, która w tak zwanym serdaku opierała się plecami o kaflowy piec w poszukiwaniu resztek ciepła, bo piec był wygaszany na noc. Pamiętam też zapach ciasta drożdżowego i kwiatów, groszku pachnącego, maciejki i piwonii. Były bordowe o mocnych, zielonych liściach, które stawiały opór wodzie tryskającej z węża ogrodowego. Do uszu dochodził wówczas szelest i szum. Naprzeciw naszego ganku rosły dwie wiśnie. Gdy zakwitały na biało, mogłam się w nie wpatrywać godzinami.

Ewa Dobrowolska: - Jak tamte lata wpłynęły na Twoje dalsze życie?

Beata Andrzejczuk: - Do dziś lubię ciasto drożdżowe, kwitnące wiśnie, a moje ulubione kwiaty, to piwonie. Mieszkałam na ulicy Hetmańskiej w domu z czerwonej cegły. Nigdy nie zapomnę dziecięcych zabaw, codziennie u kogoś innego na podwórku lub po prostu na ulicy. Bawiliśmy się w chowanego, komórki do wynajęcia, dziewczynki skakały w gumę, z chłopcami grałam w kolarzyki, zrobione z kapsli. To był raj dla wyobraźni. W środku kapsli malowało się barwy różnych państw, a potem patykiem albo kredą trasę do wyścigu i pstrykało się w kapsle, tak, by nie wypadły z trasy. Z Piotrkiem Bartonem mieszkającym obok bawiłam się też często żołnierzykami. Graliśmy też w piłkę, w kolory i w kozę. Prawdziwą integracyjną zabawą było jednak polowanie na chrabąszcze. Każdy był uzbrojony w słoik i paletkę do gry w badmintona. Gdy chrabąszcz leciał w pobliżu, obezwładniało się go rakietą i do słoika. Za naszymi domami początkowo rosło zboże. Dopiero później postawiono tam domy. W zbożu też się bawiliśmy. Dziewczynki plotły wianki z modraków, zbierałyśmy kaczeńce, a w drodze powrotnej, dziko rosnące liście babki lancetowatej i innych ziół, a może i nawet chwastów, z których potem przygotowywałyśmy zupę dla lalek, albo same udawałyśmy, że ją spożywamy. Gdy na miejscu uprawy zboża zaczęto stawiać domy, bawiliśmy się na budowie. Buszowaliśmy po niedokończonych domach bez drzwi i okien i skakaliśmy z pierwszego piętra na hałdy piachu. Tych czasów nie da się zapomnieć. Były niezwykłe. Potem zaczął się okres szkolny. Uczęszczałam do Szkoły Podstawowej numer 9. Moją wychowawczynią była Pani Gołąbek. Jej także się nie da zapomnieć. To fantastyczna, ciepła, kobieta. Pamiętam także Panią Jadzię Królikowską (mama znanych aktorów Pawła i Rafała Królikowskich, przyp. siewie.tv), która uczyła nas biologii. Hodowaliśmy z nasionek fasoli roślinki i moja zawsze wyrastała bardzo duża. Pani Królikowska lubiła też kwiaty, doniczkowe, a my często je przynosiliśmy i dostawaliśmy piątki, a kwiaty zdobiły naszą klasę. Pod oknami był też ogródek szkolny, gdzie uprawialiśmy różne rzeczy. Szkoda, że teraz już tak nie ma i dzieciaki często nie potrafią odróżnić marchewki od pietruszki. Uwielbiałam też zajęcia techniczne. Dziewczyny uczyły się haftować, piec ciasta, robić sałatki. Wszystkie miałyśmy umiejętność robienia na drutach i szydełku. Chłopcy natomiast tworzyli karmniki dla ptaków i tym podobne rzeczy. Wiem, że to jest przypisywanie pewnych ról, płci, ale teraz, gdy nie ma takich zajęć, często nie ma też tych wszystkich umiejętności. Po Szkole Podstawowej wybrałam Liceum Ogólnokształcące numer 2 w Zduńskiej Woli. W tym czasie należałam też do klubu sportowego ,,Pogoń” i uprawiałam lekkoatletykę pod okiem trenera Wojciecha Kikowskiego Początkowo, średnio mi szło, ale potem okazało się, że jestem dobra na 400 metrów. Zdobyłam Mistrzostwo Województwa w Wieloboju Wytrzymałościowym. Swoje pierwsze miłości przeżyłam także w Zduńskiej Woli. Właściwie, wszystko, ,,co pierwsze” ma związek z tym miastem. Do dziś utrzymały się niektóre przyjaźnie. To jest naprawdę niezwykłe. To już będzie około trzydziestu lat, jak przyjaźnię się z mieszkanką Zduńskiej Woli, Bogusią Majkowską, wtedy Klimczak. Odwiedzamy się, dzwonimy do siebie, spotykamy, kiedy tylko jest taka możliwość. Oczywiście pamiętam też wszystkie przyjaźnie, które nie przetrwały, zarówno ze Szkoły Podstawowej, jak i Liceum, ale bardzo mile i z ogromnym sentymentem je wspominam. Od 30 lat mieszkam we Wrocławiu. Po prostu wyszłam za mąż za wrocławianina, ale nigdy nie zapomnę, gdzie się wychowałam. Gdyby nie moje, dzieciństwo, moje doświadczenia zdobyte w tym mieście, nie byłabym pewnie, tym kim teraz jestem. I za to mojemu miastu, jestem dozgonnie wdzięczna.

Ewa Dobrowolska: Napisanie książki wymaga wielu godzin ciężkiej pracy. Co dla Ciebie jest inspiracją do napisania kolejnych pozycji. Jak choćby "Pamiętnika Nastolaki". Przecież to już XXX serie na rynku.

Beata Andrzejczuk: - Można by powiedzieć, że życie samo pisze scenariusze. Podpowiada wątki. Ale także duży wpływ na to, co ostatecznie się w książkach znajdzie podpowiada fantazja, wyobraźnia… Siadam przed ekranem komputera. Piszę pierwsze zdanie, drugie, kolejne. Z czasem fikcja miesza się z rzeczywistością, doprawiona fantazją i tak powstaje książka. Czasem muszę się pilnować, by mieć nad tym wszystkim kontrolę. Bywa bowiem tak, że siadam do pisania z konkretnym pomysłem, a po kilku stronach okazuje się, że wykreowało się zupełnie coś innego niż zamierzałam na początku. Ale to jest także ciekawe i inspirujące. I często zaskakuje mnie samą.

Ewa Dobrowolska: Pisanie książek to jedno. Ale przecież angażowałaś się w wiele innych działań, zanim zaczęłaś pisać książki.

Beata Andrzejczuk: - Pracowałam w Polskim Czerwonym Krzyżu. Działałam aktywnie w Stowarzyszeniu na rzecz Dzieci i Młodzieży wobec Zagrożeń Społecznych "Wyspa". Brałam udział jako wolontariuszka w programie: Starszy Brat – Starsza Siostra – pomagając dzieciom z problemami. Uczestniczyłam w szkoleniach i konferencjach, między innymi: I Międzynarodowa Konferencja TZA – ART – Stop przemocy o godność człowieka, II Dolnośląska Konferencja – Krzywdzenie dzieci. Brałam udział w praktycznym treningu niwelowania agresji u dzieci i młodzieży. Publikowałam w Co jest brane? – piśmie dla zainteresowanych profilaktyką narkomanii. Pomagałam w punktach konsultacyjnych Monaru oraz ośrodkach leczenia uzależnień ,,monarowskich".

 

Ewa Dobrowolska: - Masz dorosłe dzieci. Czy konsultujesz z nimi fabułę swoich powieści? No, choćby z córką?

Beata Andrzejczuk: - Dwóch starszych synów jest dorosłych. Jednego nie ma nawet w Polsce, więc nie konsultuję z nim treści książek. Drugi, też raczej się nie miesza, choć niektóre sprawy z jego życiorysu mnie zainspirowały i mają odzwierciedlenia w książkach: Nawet, Bazyl z "Pamiętnika nastolatki" posiada pewne, zaznaczam tylko niektóre, cechy jednego z moich synów, a jeśli chodzi o córkę: Martynikę - tak konsultowałam z nią dużo spraw związanych z Pamiętnikiem. Czytała fragmenty, obszerne fragmenty i często je krytykowała. Zdarzało się, że zmieniałam pół strony, bo jej się nie podobało. Martynika jest pierwszą recenzentką ale nie całości, tylko właśnie fragmentów. Bardzo liczę się z jej zdaniem. Jak mówi, że to jest źle - zmieniam prawie zawsze... dlatego książka jest autentyczna, bo doradca jest nastolatką.

Ewa Dobrowolska: Czujesz się spełniona w roli pisarki?

Beata Andrzejczuk: - To, co robię daje mi bardzo dużo satysfakcji. Jednak, czy jestem spełniona? Nie, do końca. Wciąż chcę pisać lepiej, trafiać wciąż do nowych czytelników, poruszać coraz to inne tematy. Spełnienie kojarzy mi się z końcem, może niesłusznie, ale gdybym poczuła się spełniona w roli pisarki, to czy byłby sens, abym pisała nadal? Sama nie wiem. To bardzo trudne pytanie. Wolę o tym myśleć w kontekście, że nie zmierzam konkretnie do jakiegoś celu, ale że sama droga już jest celem.

Ewa Dobrowolska: - Jaką radę dałabyś osobie, która chce zostać pisarzem?

Beata Andrzejczuk: - Nigdy w siebie nie wątpić: to po pierwsze....Jak powiedziałam w domu, że skoro piszę opowiadania, publikuję je w Internecie, to może bym spróbowała wydać książkę, to wszyscy mnie wyśmiali:łącznie z bliskimi - (pomijając dzieci - dzieci były wówczas małe, a dzieci wierzą w marzenia, więc jak wydawać książkę, to pytać dzieci. Dorośli - nawet bliscy dorośli, że nie mam szans, że w Polsce mogą wydawać nazwiska, które coś znaczą, że bez znajomości - to Beata - zapomnij - bez łapówki - to już w ogóle....Wszyscy (nie ukrywam, że to bolało, bo bliscy - pukali się w czoło) mówili, że to nierealne, a zapewniam, że było trudniej i gorzej niż teraz, bo nie było tylu wydawnictw (im więcej wydawnictw, tym większa konkurencja między nimi i większe szanse dla autorów tych debiutujących). A ja się wtedy uparłam, bo była jedna osoba: która mi powiedziała" Wysyłaj swoje książki do wydawnictw.... Ale to nie to było najważniejsze, co mi powiedziała: Najważniejsze były słowa: Zamknie się przed Tobą 1000 drzwi, ale otworzą się te 1001...., zamknie się przed Tobą sto drzwi, tysiąc drzwi, a otworzą się te sto pierwsze, tysiąc pierwsze....

Więcej o p. Beacie na:
http://www.facebook.com/pages/Beata-Andrzejczuk/152606754783276
http://pl.wikipedia.org/wiki/Beata_Andrzejczuk
http://lubimyczytac.pl/autor/6333/beata-andrzejczuk

ED

Foto: prywatne archiwum Beaty Andrzejczuk z facebook'a

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj



Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipySynku, jak mogłeś...

Matka strasznie beszta syna, który wybrał się do klubu ze striptizem.
- Jak mogłeś! To straszne, to obrzydliwe! Pewnie widziałeś tam rzeczy, których nie powinieneś zobaczyć!
- Tak. - odpowiada syn - Widziałem tam ojca!

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u