Reklama
menuvideotvomenuartykulymenugaleriamenulogo2menureklamaonasmenu 20lat
Strona główna Artykuły Felietony Tęsknota za żółtymi skarpetkami

Tęsknota za żółtymi skarpetkami

sieradzkie_peerelki2Tak do końca nie wiadomo dlaczego coś staje się modne. Weźmy na ten przykład ubrania czy buty. Możemy sobie wyobrazić, że to co modne jest wykreowane przez kreatorów mody i wszelkiej maści celebrytów. Zwyczajni, czyli cała reszta szaraków naśladuje niektóre propozycje. I stąd tak nonsensowna moda, jak męskie stopy w butach i bez skarpet, czy damskie nóżki w dżinsach z dziurami na kolanach i pośladkach. Jeśli chodzi o te drugie, to jestem za, ale patrząc jak marzną dziewczęta, już nie. Wtedy zastanawiam się, dlaczego ja będąc nastolatkiem z takim upodobaniem nosiłem żółte skarpetki.

Jeszcze większe zdziwienie, zwłaszcza na wsi, wywoływały tak zwane dzwony – spodnie z rozszerzanymi od kolan nogawkami, nawet do czterdziestu centymetrów. Szczególnie niebezpieczne dla rowerzystów, bowiem łatwo wkręcały się między łańcuch i tarczę roweru. Podobnie było z tak zwanymi bananówkami; długimi spódnicami w trzech lub czterech kolorach, w pionie. Było to odzienie hipisówek, na których masowo wzorowały się polskie dziewczęta na przełomie lat 60. i 70. dwudziestego wieku. Mój szanowny brat stryjeczny Nikodem, szczęśliwy mieszkaniec Londynu i wielki oryginał już od dziecka, nazywał te spódnice ,,jest w czym grzebać...’’. Tak też było w istocie, ale nie dlatego dziewczęta szybko porzucały rzeczone bananówy. Problem polegał na tym, że praktycznie nic do nich nie pasowało oprócz kolorowej bluzki, czy tiszertu. Zimą raczej nie do noszenia, bo nawet najładniejsza dziewczyna fatalnie wyglądała w takiej spódnicy i w jesionce z MHD.
Dzisiejsze nastolatki nie zdają sobie sprawy, jak trudno było dobrze, modnie i ciekawie ubrać się w czasach komuny. Oczywiście, że trzeba było mieć dobry gust i tak zwany pomysł na siebie. Ale koniecznie coś jeszcze. I to było najważniejsze, bo chodziło o dolary i dostęp do sklepów Pewexu (niewyobrażalny nawet dla tęgich głów z Zachodu tak zwany eksport wewnętrzny, czyli coś w rodzaju Trabanta limuzyny lub demokracji socjalistycznej), rodzinę w USA lub na Zachodzie, która przysyłała paczki z ciuchami, lub dostęp do fabryki ciuchów. W naszym przypadku do Zakładów Przemysłu Dziewiarskiego ,,Sira’’ lub Przedsiębiorstwa Terenowego ,,Terpol’’ w Sieradzu, do zakładu, który produkował damskie ciuchy, lub do poddębickiej fili ,,Próchnika’’ z Łodzi. Spełniając te warunki plus własna wyobraźnia i tak zwany gust, można było ubrać się całkiem ciekawie, nawet mieć swój styl nie do podrobienia. Czymś takim charakteryzowała się moja ukochana żona Maria, która co prawda rzadko posiadała dolary, ale za to miała ciocię we Francji. Niestety, ciocia nie przysyłała jej ciuchów, co żona rekompensowała sobie umiejętnością szycia, robienia na drutach i wszelkim rękodziełem. W czasach komuny były to umiejętności wręcz bezcenne. No i miała mnie, dziennikarza, który szwendał się po socjalistycznych zakładach produkujących ciuchy i zazwyczaj coś wyżebrał dla żony lub dla siebie.
Wracając do mojej wczesnej młodości muszę wskazać na fatalną dla mnie niedogodność w sferze ubierania się. Byłem przeraźliwie chudy, co skutkowało tym, że w żadnym socjalistycznym sklepie odzieżowym nie mogłem nic dla siebie kupić. Po prostu, nie było takich rozmiarów. Decydenci od ubrań uważali bowiem, że socjalistyczny nastolatek jest odpowiednio fizycznie rozwinięty i wypasiony. Niestety, tak nie było, a ja stanowiłem najlepszy tego przykład. Pozostawały ,,Pewexy’’, komisy i szycie modnych ciuchów, na przykład wspomnianych już dzwonów, przez kolegów, młodych domorosłych krawców. Miałem takich dwóch w Warcie. Jeden z nich potrafił uszyć wspomniane dzwony nawet za cztery ,,jabole’’, czyli butelki wina owocowego marki ,,Wino’’, po 19,50 zł flaszka…
Okazało się jednak, że moja chudość i mikrość (zacząłem rosnąć na całego dopiero w drugiej, trzeciej klasie liceum) ma także swoją dobrą stronę. Wspomniany kuzyn Nikodem był co prawda rok ode mnie młodszy, tęższy i wyższy, ale jeśli chodzi o niektóre ciuchy, spełniał ku mojej radości rolę mojego starszego brata. Co jakiś czas ,,dziedziczyłem’’ po nim całkiem zgrabną koszulę, kurtkę, czy buty. Fantastyczne czarne bitelsówki na wysokim obcasie dostałem właśnie od niego. Szpanowałem nimi na każdej zabawie!
Do tych butów zakładałem skarpetki żółte, białe lub w kolorowe paski. Spodnie dzwony do owego zestawu nie bardzo pasowały, ale moda była taka, więc się nosiło… Plus, oczywiście długie, jak najdłuższe włosy, co było surowo zakazane w sławnym już wtedy ,,Jagiellończyku’’, liceum do którego uczęszczałem sprawiając wieczne kłopoty niektórym nauczycielom i wielką radość koleżankom, bowiem zaliczany byłem do chłopców wielce zabawnych i rozrywkowych.
Będąc uczniem klasy trzeciej LO, w sklepie ,,Pewex’’ na ulicy Zielonej w Łodzi nabyłem za ciężko zdobyte dwadzieścia kilka dolarów (110 zł papier) dżinsową kurtkę marki ,,Wrangler’’. Na szczęście była koloru granatowego, więc łatwo było wmawiać nauczycielom, że to taki mój mundurek, zamiast granatowej marynarki z paskami na rękawach. I to jakoś przechodziło. A kurtka była boska, szpanerska i w przeliczeniu na złotówki warta prawie tyle, co miesięczne wynagrodzenie stażysty w socjalistycznym zakładzie pracy. Kiedy wspomniany znajomy z Warty uszył mi dzwony z jasnobłękitnego sztruksu, wyglądałem prawie tak, jak nastolatek z USA lub z Wielkiej Brytanii. Prawie… I uparcie nosiłem żółte skarpetki. Dlaczego? Po prostu nieustannie chciałem być małym kwiatkiem w szarym świecie realnego socjalizmu.

Połajania i uwagi przyjmuję: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

LEK.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Reklama

Najnowsze

Top 10 (ostatnie 30 dni)

Reklama

Zaloguj



Reklama

Ostatnie komentarze

Reklama

Z krainy dowcipu

dowcipySojusz to już nie sojuz, ale jednak sojusz

Kiedy po raz pierwszy wysłano żołnierzy amerykańskich do Polski w ramach wymiany NATO-wskiej, zdarzyła się taka oto historia: Po spotkaniu powitalnym z Polakami jeden z amerykańskich żołnierzy pisze do domu:
- Kochana mamo, pozdrawiam Cię serdecznie. W pierwszych słowach mojego listu opowiem Ci jak wygląda tydzień w polskiej jednostce:
Poniedziałek: koledzy przywitali nas dużą wódką.
Wtorek: umieram!
Środa: jeden z kolegów polskich miał urodziny.
Czwartek: umieram.
Piątek: dostaliśmy przepustkę - poszliśmy na dyskotekę z polskimi kolegami.
Sobota: dlaczego nie umarłem we wtorek?

Reklama

 

partnerzybar2

tubadzin150wartmilk150

 
 
stat4u